Blog > Komentarze do wpisu

LUDZIE "CEGIELSKIEGO" / Zbigniew Wachnicki

W-7 to była duża hala, kilkadziesiąt maszyn i kilkudziesięciu robotników. Wszyscy się znali jak w rodzinie. Konflikty się zdarzały, owszem, bo to była normalna rodzina.  Stanowiska pracy podzielone były na gniazda obróbki ciężkiej, obróbki lekkiej, szlifierki, wiertarki. Zbrojeniówka była wyodrębniona i za PRL-u tajna. Tam się wchodziło za specjalną przepustką. Ale tu było normalnie.

Pracowałem na rewolwerówce, na szlifierkach, wytaczarkach, a ostatnio na automacie. To już jest bardzo nowoczesna  maszyna z własną pamięcią. Pół roku trwała nauka jej obsługi. Prócz normalnych funkcji toczenia, w obrabianym elemencie może również wiercić otwory. Wiertła, rozwiertaki i noże znajdują się na tzw. głowicy. Na tej głowicy można zainstalować 11 różnych narzędzi. To bardzo przyspiesza robotę. Rano trzeba ustawić wszystkie parametry. Tu nie ma miejsca na błędy. Jeden minimalny błąd i maszyna wariuje. Potem bierze się pocięte elementy i trzeba to obrobić z dokładnością do dziesiątych milimetra, a czasami nawet z dokładnością do mikronów. To były elementy układów paliwowych do silników okrętowych. Ale prawdę powiedziawszy, to nawet nie wiem jak to działało. Ale działało. Raz nawet widziałem taki działający silnik. Przyjechał jakiś dygnitarz i było uroczyste odpalenie. Te nasze wyroby kupowali też inni producenci silników – widocznie były dobre.

Z taką maszyną to jest trochę jak z człowiekiem albo raczej z psem. Trzeba o nią dbać, bo od niej zależy w dużym stopniu to, ile się zarobi. Codziennie osiem godzin, przez całe lata – to dość czasu, żeby się poznać i zżyć. Taka maszyna ma swoje humory. Trzeba znać jej melodię. Jak się pojawia jakiś fałsz, to od razu wiadomo, że coś nie tak idzie. Czasami nie ma trzasku, znaczy nie zakleszczyła, trzeba ją rozłączyć. Czasami pojawi się jakieś stukanie i trzeba samemu pokombinować, czasami wystarczy mięsem rzucić i wszystko wraca do normy. Jak się patrzy na wiór ze skrawanego materiału, to też wszystko wiadomo. Jak wychodzi spod holki ładnie skręcony i jasny – to wszystko gra, jak ciemny – to wiadomo, że coś źle z chłodzeniem albo holka do zrobienia. Holka to jest wcięcie przy nożu do łamania wióra. I ona musi mieć określone parametry. Nie lubię tego – tyle lat, a jakoś ostrzenie holki nie idzie mi za dobrze. Na szczęście dziś jest postęp i już tego nie trzeba robić.

Stres jest. I jest strach, że się to wszystko skończy, że nie będzie roboty. Ten strach może nawet jest większy niż kiedyś, jak się w ukryciu ulotki „Solidarności” czytało. Tyle że dziś, to już nie ma nikogo, kto by się człowiekiem interesował. Był Szary, ale umarł. Szary żył „Cegielskim”, dawał kopa, jemu o coś chodziło, a konkretnie o ludzi. Podziwiałem go, chociaż na tych sławnych „płytach” nie bywałem, ale o tym się mówiło.

Robota to nie jest coś, co można lubić, ale to wchodzi w krew. Człowiek się przyzwyczaja i to jest jego życie. Pobudka, śniadanie, tramwaj, zegar odbijasz, ustawiasz i jedziesz do 14.00. A potem masz czas dla siebie. Rodzina, znajomi i inne swoje sprawy. To odpręża.

Od 35 lat, od 1980 roku pracuje w „Cegielskim”, z przerwami na wojsko i kilka innych firm, ale czuje się Cegielszczakiem i czasami płakać się chce, jak się widzi te puste hale, w których kiedyś było tyle maszyn, tyle roboty i hałasu.

piątek, 07 czerwca 2013, ewps

Polecane wpisy