RSS
środa, 25 września 2013

12 października, po spektaklu "CEGLORZ", o g. 20.00 zapraszamy do udziału w debacie: ROBOTNIK. ŚWIADEK. ŚWIADECTWO. Udział wezmą: Wioletta Wejman (Pracownia Historii Mówionej, Ośrodek Brama Grodzka - Teatr NN, Lublin), Ewa Wójciak (Teatr Ósmego Dnia), Maria Solarska (Instytut Historii Mówionej, UAM, Poznań), Bogumił Jewsiewicki (Uniwersytet Laval, Quebec, Kanada), Konrad Białecki (Instytut Historii, UAM, IPN, Poznań), Piotr Filipkowski (Instytut Filozofii i Socjologii PAN, Ośrodek KARTA, Warszawa). Prowadzenie: Izabela Skórzyńska.

środa, 18 września 2013

Hala W-7 HCP, ul. Hetmańska 90

Bilety: 10 zł

Rezerwacja biletów: teatr@osmego.art.pl, tel. 61 855 20 86 

wtorek, 02 lipca 2013

Ceglorz według Ósemek, reportaż Wandy Wasilewskiej, Radio Merkury

Stefan Drajewski, Malta 2013: Teatr Ósmego Dnia w Cegielskim, "Głos Wielkopolski"

Roman Pawłowski, Requiem dla robotnika, "Krytyka Polityczna"

Ewa Obrębowska-Pisaecka, Praca czyni cuda, kulturapoznan.pl

Przychodzi teatr do robotnika, z Ewą Wójciak rozmawia Roman Pawłowski, "Gazeta Wyborcza"

Ceglorz: obrazki z życia robotników, mmpoznan.pl

Bartłomiej Miernik, Ósemki i Mikołajczyk na Malcie, e-teatr.pl

Joanna Ostrowska, Podzwonne dla świata pracy, teatralny.pl

poniedziałek, 24 czerwca 2013
wtorek, 18 czerwca 2013

Teatr Ósmego Dnia / CEGLORZ

Projekt „Ceglorz” jest kolejnym z serii przedsięwzięć artystycznych Teatru Ósmego Dnia opartych o świadectwa i prawdziwe historie ludzkie. Tym razem zbiorowym bohaterem spektaklu są ludzie „Cegielskiego” i sama fabryka, która stanowiła znaczną część ich życia. Pokazujemy krótkie historie kilku pokoleń robotników i inżynierów – pytaliśmy ich o to, czym była i czym jest praca w fabryce, czym jest życie we wspólnocie dużego zakładu produkcyjnego – tak ważnego w historii Poznania – jak zmieniają się lub odchodzą w przeszłość wartości. Staramy się uchwycić melancholijny dziś urok przestrzeni industrialnej, pejzaż fabryczny, duszę maszyn, a przede wszystkim jednak – wielkie poczucie godności ludzi związanych z długa historią Zakładów im. Hipolita Cegielskiego.

 

Teatr Ósmego Dnia

CEGLORZ

Projekt społeczno-artystyczny

Projekt: Jacek Chmaj

Scenariusz: zespół Teatru Ósmego Dnia

Realizacja: Teatr Ósmego Dnia przy współpracy Inicjatywy Pracowniczej przy HCP

Rozmowy z pracownikami „Cegielskiego” przeprowadzili: Ewa Wójciak, Karolina Pawełska, Paulina Skorupska, Adam Borowski, Tadeusz Janiszewski, Marcin Kęszycki

Projekcje wideo i scenografia: Jacek Chmaj

Montaż wideo i VJ: Jacek Kolasa

Nagrania wideo: Maciej Sierpień, Maciej Włodarczyk

Fotografie: Adam Borowski, Marcin Kęszycki, Paulina Skorupska, Karolina Pawełska

Muzyka: Arnold Dąbrowski

Reżyser dźwięku: Jakub Staśkowiak

Reżyser światła: Adan Garcia Holgado

Występują: Karolina Pawełska, Ewa Wójciak, Adam Borowski, Marcin Głowiński, Tadeusz Janiszewski, Marcin Kęszycki, Janusz Stolarski, Dominik Złotkowski

Animatorzy sceny: Przemysław Mosiężny, Piotr Najrzał, Jacek Nowaczyk

Koordynacja projektu: Małgorzata Grupińska-Bis

Koprodukcja: Malta Festival Poznań, Fundacja Teatru Ósmego Dnia

Współpraca: H. Cegielski - Poznań S.A.

Premiera w ramach Malta Festival Poznań 2013: : 25-26 czerwca, g. 23.00, Hala W7, HCP

„Ceglorz” w ramach projektu „Teatr Ósmego Dnia 1964-2014. 50 lat. Teatr o ludziach. Ludzkie świadectwa w przestrzeni teatru” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. 

Dofinansowano ze środków programu „Seniorzy w akcji” Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę”.

      

 

          

 

 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Dariusz Szary urodził się 27 czerwca 1972 roku. Od 25 lat jest związany z „Cegielskim”. W roku 1991 skończył szkołę zawodową im. Komisji Edukacji Narodowej przy „Ceglorzu” na Dębcu, przy ulicy Świerkowej – tokarz z zawodu. Uczono tam na frezera, spawacza, operatora obrabiarek. 3 dni w szkole, a potem 2 dni, o których mówiło się „idziemy na wajchę” – czyli do roboty – praktyka w fabryce. Pamięta pierwszą wypłatę – 2 papierki – jeden Chopin i jeden Kościuszko – 5500 zł.

W biurze, gdzie podpisywał listę, wisiał portret Lenina, a on był w czapce. Majster kazał mu zdjąć czapkę. Dzisiaj należy do siedmioosobowej Rady Pracowniczej. Jest bratem nieżyjącego już szefa Inicjatywy Pracowniczej – Marcela Szarego. Z dumą podkreśla, że brat był jedynym robotnikiem wybranym przez załogę „Cegielskiego” do Zarządu Fabryki.

W domu Szarych czytało się dużo książek. Marcel był dla młodszego o 8 lat Darka oknem na świat. Przywoził do domu płyty zachodnie ze świetną muzyką, książki drugiego obiegu, zabierał na imprezy opozycyjne w latach 80-tych, do kościoła Matki Bożej Bolesnej na ulicy Głogowskiej.

W domu rodzinnym na ulicy Arciszewskiego zawsze panował szacunek dla słabszych. Przywiązanie do pracy było bardzo mocne – do godności pracy. Dzisiaj Darek mówi: „Jestem pracownikiem na telefon. Nie mam pracy na własnym stanowisku. Kiedyś szedłem do pracy, bo byłem potrzebny, dzisiaj, bo muszę! Kiedyś wszystkie środowiska współpracowały ze sobą. Mówiono nam, że jest podział na mądrych i głupich, a mój ojciec mówił: „nie każdy technolog jest mądry i nie każdy robotnik jest głupi”.

Chciałbym być wolny i niezależny. Chciałbym się dobrze nauczyć języka francuskiego. Będę szukał miejsca, żeby się odnaleźć.

piątek, 14 czerwca 2013

Pracę w „Cegielskim” rozpoczął 8 sierpnia 1957 roku. Był pierwszym ze swojej rodziny, który trafił do HCP. Ojciec i brat byli żołnierzami zawodowymi, więc i on po dwóch klasach Technikum Łączności, postanowił pójść do Oficerskiej Szkoły Łączności w Zegrzu koło Warszawy – „Ale gdy Gomułka przyszedł do władzy i nas zredukował, przyjechałem do Poznania. Jestem „chłopak z Wildy” – mówi.

Początkowo przez trzy miesiące pracował w Spółdzielni Metalowców, a potem już przez wiele lat w „Cegielskim”. Pracując tu skończył szkołę zasadniczą i Technikum Elektryczno-Mechaniczne na Dębcu. W „Cegielskim” trafił od razu na „Eskę”, jak nazywano Wydział 7 zajmujący się „produkcją specjalną”. Jego stanowisko pracy nazywało się p-kopiarz, mówili na nie żartobliwie „pan Kopiarz”. Później był jeszcze frezeram, wierciarzem, ślusarzem – „Przy maszynach pracowaliśmy na początku po 12 godzin – zaraz po swoim ślubie, po wszystkich uroczystościach musiałem na 12 godzin pójść na nocną zmianę – koledzy sobie z tego żartowali”- wspomina. Później został planistą i kierownikiem rozdzielni, a gdy zwolniło się miejsce, przeszedł do obsługi klienta. W końcu objął stanowisko kierownika magazynu zbytu i był nim 10 lat – aż do likwidacji magazynu. Wtedy wrócił na W-7 i tam pracował jako majster przygotowalni, pakowni i transportu – aż do emerytury w 1997 roku. – „Miałem przepracowane 40 lat i wraz z wieloma kolegami zdecydowaliśmy się na tę emeryturę – mówi – Dziś trochę tego żałuję.

Przez pierwsze trzy miesiące na emeryturze wytrzymywałem, ale później musiałem znaleźć sobie jakieś zajęcie. Lubiłem pracę, lubiłem być w ruchu. Do dziś, gdy przechodzę koło budynków HCP, pokazuję wnuczkom, gdzie pracował dziadek. Nigdy też nie przestałem interesować się „Cegielskim” – w końcu cały czas byłem działaczem turystycznym i związkowym. Przez pewien czas byłem wiceprezesem PTTK przy HCP – wprowadził mnie tu ten, który mnie turystyki nauczył, czyli Kazimierz Lisiecki. On był wszystkim – ojcem, matką, bratem… Organizowaliśmy mnóstwo rajdów po zakątkach Polski. Oddział „Cegielskiego” był jednym z większych w kraju – poza Nową Hutą i Stocznią Lenina w Gdańsku. Jeździliśmy na rajd, który wówczas nazywał się „Rajdem Leninowskim” – niektórzy mają do nas o to pretensje, ale my po prostu jeździliśmy na wyprawy górskie, a jak one się zwały, tak się zwały – to nie było ważne.

Od początku dobrze trafiłem – na W-7 było paru takich zapaleńców jak ja – kochających sport i podróże. Poza działalnością w PTTK, byłem członkiem Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej, jestem instruktorem rekreacji fizycznej i pilotem turystyki krajowej. Do dziś noszę w portfelu legitymację. Mogę się poszczycić, że 1/3 załogi „Cegielskiego” wywiozłem w Polskę. W Związku Emerytów „Metalowcy” też zajmuję się turystyką. Wiele się zmieniło, emerytów jest coraz mniej, ale ciągle chcą wyjeżdżać.

W „Cegielskim” pracowała przez jakiś czas również moja starsza córka – najpierw w szpitalu, później w hotelu, a młodsza, trafiła do takiego działu jak ja, który teraz nazywa się działem marketingu, i do dziś pracuje w HCP.

57 lat koło tego „Cegielskiego” się kręcę – ładny wiek. Tak długo jak mogę, tak długo będę działał, nie wycofam się.

piątek, 07 czerwca 2013

W-7 to była duża hala, kilkadziesiąt maszyn i kilkudziesięciu robotników. Wszyscy się znali jak w rodzinie. Konflikty się zdarzały, owszem, bo to była normalna rodzina.  Stanowiska pracy podzielone były na gniazda obróbki ciężkiej, obróbki lekkiej, szlifierki, wiertarki. Zbrojeniówka była wyodrębniona i za PRL-u tajna. Tam się wchodziło za specjalną przepustką. Ale tu było normalnie.

Pracowałem na rewolwerówce, na szlifierkach, wytaczarkach, a ostatnio na automacie. To już jest bardzo nowoczesna  maszyna z własną pamięcią. Pół roku trwała nauka jej obsługi. Prócz normalnych funkcji toczenia, w obrabianym elemencie może również wiercić otwory. Wiertła, rozwiertaki i noże znajdują się na tzw. głowicy. Na tej głowicy można zainstalować 11 różnych narzędzi. To bardzo przyspiesza robotę. Rano trzeba ustawić wszystkie parametry. Tu nie ma miejsca na błędy. Jeden minimalny błąd i maszyna wariuje. Potem bierze się pocięte elementy i trzeba to obrobić z dokładnością do dziesiątych milimetra, a czasami nawet z dokładnością do mikronów. To były elementy układów paliwowych do silników okrętowych. Ale prawdę powiedziawszy, to nawet nie wiem jak to działało. Ale działało. Raz nawet widziałem taki działający silnik. Przyjechał jakiś dygnitarz i było uroczyste odpalenie. Te nasze wyroby kupowali też inni producenci silników – widocznie były dobre.

Z taką maszyną to jest trochę jak z człowiekiem albo raczej z psem. Trzeba o nią dbać, bo od niej zależy w dużym stopniu to, ile się zarobi. Codziennie osiem godzin, przez całe lata – to dość czasu, żeby się poznać i zżyć. Taka maszyna ma swoje humory. Trzeba znać jej melodię. Jak się pojawia jakiś fałsz, to od razu wiadomo, że coś nie tak idzie. Czasami nie ma trzasku, znaczy nie zakleszczyła, trzeba ją rozłączyć. Czasami pojawi się jakieś stukanie i trzeba samemu pokombinować, czasami wystarczy mięsem rzucić i wszystko wraca do normy. Jak się patrzy na wiór ze skrawanego materiału, to też wszystko wiadomo. Jak wychodzi spod holki ładnie skręcony i jasny – to wszystko gra, jak ciemny – to wiadomo, że coś źle z chłodzeniem albo holka do zrobienia. Holka to jest wcięcie przy nożu do łamania wióra. I ona musi mieć określone parametry. Nie lubię tego – tyle lat, a jakoś ostrzenie holki nie idzie mi za dobrze. Na szczęście dziś jest postęp i już tego nie trzeba robić.

Stres jest. I jest strach, że się to wszystko skończy, że nie będzie roboty. Ten strach może nawet jest większy niż kiedyś, jak się w ukryciu ulotki „Solidarności” czytało. Tyle że dziś, to już nie ma nikogo, kto by się człowiekiem interesował. Był Szary, ale umarł. Szary żył „Cegielskim”, dawał kopa, jemu o coś chodziło, a konkretnie o ludzi. Podziwiałem go, chociaż na tych sławnych „płytach” nie bywałem, ale o tym się mówiło.

Robota to nie jest coś, co można lubić, ale to wchodzi w krew. Człowiek się przyzwyczaja i to jest jego życie. Pobudka, śniadanie, tramwaj, zegar odbijasz, ustawiasz i jedziesz do 14.00. A potem masz czas dla siebie. Rodzina, znajomi i inne swoje sprawy. To odpręża.

Od 35 lat, od 1980 roku pracuje w „Cegielskim”, z przerwami na wojsko i kilka innych firm, ale czuje się Cegielszczakiem i czasami płakać się chce, jak się widzi te puste hale, w których kiedyś było tyle maszyn, tyle roboty i hałasu.

środa, 05 czerwca 2013

Grażyna po maturze w 1977 roku, z fachem w ręku – tokarz, obróbka skrawaniem – przyjechała z Wałcza. Jej brat Władysław już pracował w Cegielskim. Nie chcieli jej przyjąć bo myśleli, że chce pracować w biurze. A ona, że do biura nie chce, tylko na maszyny. Od razu dostała propozycję pracy na frezarkach, na W-4. Ale tak się złożyło, że po sześciu tygodniach, jak zwolniło się miejsce w biurze, przeszła do zaopatrzenia i tam pracowała aż do emerytury. Jej działka to „części normalne’.

Marek, kiedy zaczynał pracę w Cegielskim 19 lipca 1965 roku nie miał jeszcze 18 lat. Odlewnik i ślusarz. Dwa lata spędził w warsztacie na W-4 jako ślusarz, a potem jako frezer. „Żeby być dobrym tokarzem, to jednak minimum trzeba 5 lat ciężko praktykować” – mówi. Potem wojsko i powrót do Cegielskiego. W 1974 roku przeszedł na stanowisko „rozdzielcy”, a w 1980 roku do „materiałówki” (zaopatrzenie materiałowe, jego działka to odkówki).

Grażyna swojego męża poznała na W-4. Wspólne wycieczki, kółka zainteresowań. Ślub brali w grudniu 1981 roku w stanie wojennym.

Marek całe życie fotografował, miał działkę na Sypniewie. Pierwsze swoje pomidory trzymał w hotelu robotniczym pod łóżkiem. Nim poznał Grażynę dostał kawalerkę na Dębcu. Mieszkają w niej do dziś –26 metrów kwadratowych. Wychowali w tej kawalerce dwójkę dzieci, „Najpierw to było jedno łóżeczko, potem zrobiłem łóżko piętrowe, biurko, jedno pomieszczenie przedzieliłem na pół tak, że zrobiły się z tego dwa małe pokoiki...”

Grażyna: „W-4 w 1995 roku przenieśli na W-5 (urządzenia mechaniczne: dmuchawy, sprężarki do statków) i tam pracowałam aż do 2008 roku. Potem „piątkę” zlikwidowali i przenieśli na W-2 (fabryka silników okrętowych), i tam pracowałam do 2012 roku.

Marek: „Po ślubie w jednym biurze z żoną – to mi nie pasowało. Trzeba było się „rozwieść”. Przeszedłem do dyrekcji do planowania. I tam pracowałem do końca, do 2001. Zwolnili mnie, „zredukowali”.

Grażyna: „Nasze życie toczyło się wokół zakładu – biwaki pod namiotem, wyjazdy ciężarówką do lasu. Grałam w ping-ponga w rozgrywkach między fabrykami, później kręgle. Zdobyłam 5 pucharów, zawsze miałam pierwsze miejsce.”

Marek: „Nigdy nie narzekaliśmy. W Cegielskim dobrze się pracowało. W całej mojej  historii może miałem z 20 dni chorobowego. Chciało się chodzić do pracy.”

Grażyna: „W Cegielskim kiedyś było inne życie.”

 

Siada i zaczyna: „Czarno to wszystko widzę...”

W Cegielskim pracuje od 1971 roku, „całe życie na wydziale spawalni”. Zaczynał na spawalni w transporcie przy obsłudze suwnicy, potem „pod hakami”, po 6 miesiącach przeniósł się na wypalarki. „Trzypalnikowa wypalarka plus różnej grubości blachy i paliłeś dwieście kółek, a praca była w akordzie”. Potem poszedł na walcownię i tam spędził kilkanaście lat. Jego stanowisko pracy nazywało się prostowacz, chociaż, jak sam mówi ze śmiechem: „mimo tego, że często coś zginałem”. Całe życie starał się być człowiekiem zaradnym, więc kiedy dostał propozycję pracy na obróbce na tej samej majsterni – ciekawy nowych maszyn – zgodził się od razu. A tu już strugarka krawędziowa, tokarka, wiertarki. „Żeby zarobić, to trzeba pracować”, więc poznawał nowe maszyny i zdobywał nowe umiejętności. Stał się wszechstronnym pracownikiem. Potem, zrobiwszy papiery mistrzowskie w 1981 roku, został brygadzistą. Mówi że wszystkiego nauczył się w Cegielskim. Skończył „Oksford”, ale prawdziwą szkołę przeszedł dopiero w spawalni w Cegielskim. „Jak widzieli że garniesz się do nauki, jak się wykazałeś umiejętnościami, to ci starsi – z pokolenia mojego ojca – cię szanowali i docenili. Dzięki takiej firmie jak Cegielski wielu ludzi mogło godnie usiąść do stołu, ich dzieci mogły się kształcić, wiele pokoleń inżynierów się wykształciło, a dzisiaj...”

„Moja mama od 1960 roku do emerytury też pracowała na wydziale spawalni jako sprzątaczka, zawsze na drugą zmianę. Znała spawalnię na wylot. Ojciec pracował krótko w Cegielskim, najpierw była wartownia, potem spawalnia, następnie walcownia. Nosiło go i całe życie szukał czegoś lepszego… Mój starszy brat Jerzy, tokarz, w 1969 roku przyszedł do Cegielskiego i pracował do 1995, na obróbce ciężkiej, na „karuzelówce”, potem na kontroli jakości a potem na wiertarce wielkootworowej. Jego żona Grażyna była suwnicową na wydziale spawalni. Poznali się w fabryce. Ania, żona najmłodszego brata Wiesława pracowała w Cegielskim jako dysponent produkcji na wydziale spawalni – ale krótko, może pół roku... ojca siostra – Maria pracowała na blacharni W-3, a mój syn Mariusz w Cegielskim pracuje od 6 lat (tam, gdzie ja zaczynałem na spawalni, na walcowni) i kończy studia. Najbardziej ceniony fachowiec to jest fachowiec, który przejdzie warsztat, który pozna od podstaw pot, koło, i walce, i maszyny – to jest fachowiec.

Miałem awansować na mistrza na innej majsterni, to miała być blacharnia. Byłem z tego kompletnie zielony: wytłaczane części, podkładki sprężynowe, kolektory spalin, nożyce krążkowe, „zykówka”, która potrafiła robić wyoblenia, prasy. Nie znałem tej pracy. Nie chciałem być majstrem przyniesionym w teczce. Zdecydowałem, że podejmę się kierowania tym kolektywem pod warunkiem, że przez miesiąc, będąc majstrem, będę pracował jak zwykły pracownik. 12 ludzi i ja w ubraniu roboczym między nimi w warsztacie. To ich bardzo zaskoczyło. Mówię im, że jestem mistrzem na papierze, a teraz chcę być mistrzem naprawdę... Dzisiaj znamy się tu wszyscy jak łyse konie.”

W 2004 roku nawiązał współpracę z Marcelem Szarym i został członkiem Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza, od stycznia 2013 roku jest przewodniczącym Inicjatywy Pracowniczej.

W 2009 roku, po kilkudziesięciu latach pracy, został przesunięty do pakowni na stanowisko dysponenta produkcji. „Taka zsyłka” – mówi.

„Wartości, które nabyłem w tym Cegielskim to nie były złe wartości. Choć martwi mnie, że tak lekkomyślnie popełnia się błędy. A ja na spawalni się urodziłem...”

 
1 , 2 , 3 , 4