RSS
czwartek, 28 lutego 2013

Janusz Depczyński – 37 lat pracy w jednym zakładzie, w „Cegielskim”, w Fabryce Wyrobów Precyzyjnych. Pracował tam jego dziadek i rodzice. Dziadek w 1925 roku przyjechał do Poznania podejmując pracę jako ślusarz w Zakładach Cegielskiego. Przez długie lata pracował w HCP. Był jednym z tych, którzy po zakończeniu ostatniej wojny przystąpili do odbudowy zniszczonych przez okupanta hitlerowskiego hal fabrycznych. Jako wytrawnemu fachowcowi w zawodzie powierzono mu w pierwszych powojennych latach funkcję mistrza w oddziale wykańczalni ówczesnej Fabryki Parowozów. Funkcję tę pełnił aż do chwili przejścia na emeryturę w 1958 roku. Po przejściu na emeryturę przystąpił wspólnie z innymi zasłużonymi pracownikami do organizowania Zakładowego Koła Emerytów i Rencistów.

Rodzice rozpoczęli pracę w czasie okupacji. Ojciec pracował początkowo w Fabryce Narzędzi, a następnie, po ukończeniu szkoły średniej w Fabryce Urządzeń Mechanicznych jako technolog. Mama najpierw jako pracownik fizyczny, a potem jako referent w Zespole Szkół Zakładowych i następnie w Ośrodku Badawczym Silników Okrętowych.

Janusz Depczyński pracował od matury i zaczynał na stażu pracy jako frezer i wiertacz w Fabryce Wyrobów Precyzyjnych zwanej żartobliwie „fabryką zabawek”, bo była to fabryka zbrojeniowa. Po latach pracy doszedł kolejno do stanowiska samodzielnego konstruktora. 

Z dzieciństwa pamięta konie, które jeszcze po wojnie były na terenie zakładów głównym środkiem transportu. Stajnie znajdowały się na rogu ulicy 28 czerwca 1956 roku i ulicy Hetmańskiej. Dziś na miejscu stajni jest parking, a w budynku Fabryki Wyrobów Precyzyjnych jest serwis opon, salon sukien ślubnych oraz lumpeks, choć w podziemiach pozostał około dwustumetrowy tunel (strzelnica) do testowania wyrobów „fabryki zabawek”.

Lubił tę pracę, spełniał się, dawała mu satysfakcję i poczucie sensu. Stanowiła bardzo ważną część jego życia.

wtorek, 26 lutego 2013

Pan Galikan Łuczkowski w tym roku skończy 90 lat. Urodził się we Francji, w Lotaryngii, w pobliżu Strasburga – do dzisiaj zostało mu w mowie piękne "r". Do pracy w niemieckich zakładach zbrojeniowych został zabrany z rodziną z Francji w 1940 roku. Niemiecki zakład pracy miał w obwodzie 32 km – na jednym końcu wjeżdżały rudy żelaza, a drugim wyjeżdżały gotowe armaty. Pracę w „Cegielskim” zaczął w 1946 roku, po powrocie z pracy przymusowej w Niemczech, w okolicach Brunszwiku. Jego praca to przede wszystkim liczenie – dział zakupów, kontrola faktur, planowanie. Mówili na nich "gryzipiórki". W ramach planów 3-letnich lub 5-letnich trzeba było przygotowywać opracowanie detali dla różnych wyrobów np. lokomotywa – 2000 detali, wagony – 6000 detali, obrabiarki – 1500 detali – "materiały reglamentowane". Czasem, do Zjednoczenia Taboru Kolejowego Tasco jechał furgon dokumentów.

Do zadań pana Galikana należała również kontrola sklepu zakładowego dla pracowników. Był on otwarty raz w tygodniu i można w nim było kupić przedmioty "znalezione na terenie zakładu". Pracownik, który "znalazł" przedmiot zgłaszał chęć zakupu do 6-osobowej Komisji Kwalifikacyjnej i po uzyskaniu akceptacji, mógł zrealizować zakup w sklepie zakładowym. Dotyczyło to takich towarów jak: kawałek rury, kawałek blachy, lekko uszkodzone kanistry, które spadły z taśmy, kaloryfery, butle gazowe 11-litrowe, lejki do kanistrów itp. Pan Galikan działał również aktywnie w Radzie Zakładowej, której podlegały ośrodki wczasowe oraz przydział mieszkań. Nie należał do partii. Pamięta, że w czasach pierwszej Solidarności, w 1981 roku, sekretarze partii załatwiali sobie pierwszą grupę inwalidzką, żeby przejść na emeryturę.

Pan Galikan od 40 lat śpiewa w chórze męskim "Arion". Przy maszynie raczej by nie zaśpiewał, bo nie wypada. Jest bardzo aktywnym, pełnym radości człowiekiem.

niedziela, 24 lutego 2013

Romuald Ziółkowski –  pracuje w „Cegielskim” od 1979 roku – 34  lata. Zaczynał jako ślusarz remontowy na W-2 (Fabryka Silników Okrętowych). Służba wojskowa przypadła mu akurat na stan wojenny. Po tym doświadczeniu, mówi: „nie przestraszy mnie żaden dyrektor”. Po wojsku był nauczycielem „Praktycznej nauki zawodu” w warsztatach szkolnych, ale po trzech latach przypadkiem zwolniło się miejsce na W-6 w hartowni. Pracuje tam do dzisiaj. Najpierw zajmował stanowisko mistrza hartowni, ale od 2009 to stanowisko zmieniło nazwę na  koordynator produkcji – wspomina z uśmiechem.

Skromny, niewiele mówi o sobie. „Cegielski” to jest całe jego życie: koledzy, środowisko, spotkania po pracy… Bardzo lubił wstawać wcześnie ze świadomością, że tam idzie: „Człowiek był nie do zdarcia, a dziś czasami cieszę się, jak zbliża się koniec tygodnia” – przyznaje.

O przodkach opowiada dużo i ze szczegółami. Pomaga mu w tym teczka z dokumentami i zapiskami. Dziadek – Walerian Ziółkowski – 27 lat pracy – w 1945 r., po powrocie z przymusowych robót w Niemczech, specjalnie zrobił egzamin czeladniczy na ślusarza, żeby móc podjąć pracę w „Cegielskim” (wtedy Zakładzie Przemysłu Metalowego im. J. Stalina). Aż do emerytury pracował na W-1 w kuźni. Babcia – Stanisława Ziółkowska – 26 lat pracy – od 1945 r. odgruzowywała W-8, bez pensji, za „rąbankę”. Potem, prawie do emerytury obsługiwała prasę w „Fabryce Zabawek”.

Ojciec – Zenon Ziółkowski pracował w „Cegielskim” od 1955 r. – najpierw na W-3 (Fabryka Lokomotyw), po dziesięciu latach przeniósł się do warsztatów szkolnych i uczył elektryków. Potem został konstruktorem w Ośrodku Badań Silników Kolejowych i Okrętowych. Wynalazca i wspólnie z Janem Pawlakiem, Marianem Szymczakiem i Henrykiem Bogusławskim właściciel patentów. Nawet na emeryturze nie mógł rozstać się z zakładem i pracował na W-2 jako kontroler jakości, a potem jeszcze w szkole zakładowej na Świerkowej.

Syn Romualda – Bartosz Ziółkowski też pracował w Cegielskim, po ukończeniu V LO, od 2003 r. jako operator procesów chemicznych. Skończył studia zaoczne, ale w 2009 r. został zwolniony. „Wielu młodych wtedy zwolniono” – mówi Romuald Ziółkowski.

Ale to nie koniec powiązań rodzinnych z Cegielskim. Ojciec i dziadek żony Romualda Ziółkowskiego też związani są z zakładem. Jej ojciec – Ryszard Wiśniewski w latach 1961-1996 pracował w kuźni na W-1 jako konstruktor. Dziadek, urodzony w 1911 r., w 1929 rozpoczął w  „Cegielskim” naukę zawodu ślusarza, a po dwóch latach pracę. Nie trwało to długo, bo po paru miesiącach został „zredukowany” – kryzys. Przez 10 lat zdobywał doświadczenie jako rusznikarz i puszkarz w wojsku. Był zasłużonym obrońcą Warszawy, potem trafił do niewoli, a w 1942 r. wrócił do Poznania. Pracował w „Cegielskim” (wtedy Niemcy nazwali zakłady DWM). Przeszedł drogę od ślusarza narzędziowego przez brygadzistę, mistrza, kierownika pras i obróbki ręcznej, zastępcę dyrektora do spraw inwestycji, po starszego mistrza produkcji. Pracował aż do 1966 roku.

Pan Romuald zamyka tekturową teczkę i powtarza: "tak, człowiek był kiedyś nie do zdarcia".

piątek, 22 lutego 2013

Na zdjęciu Marek Kulesza. Fot. Adam Borowski

Marek Kulesza – 40 lat pracy –  inżynier montażu i stacji prób, żeglarz, co widać w wysmaganej wiatrem twarzy i oczach wolnego człowieka. Właśnie żeglarstwo zaprowadziło go do Fabryki Silników Okrętowych. To były bardzo dobre silniki. Zamawiano je na całym świecie, potem trzeba było jeździć, doglądać montażu, serwisować. Jest coś takiego jak zapach Fabryki Silników Okrętowych, który szczególnie intensywnie odczuwało się, kiedy przychodziło się w niedzielę na trzecią zmianę i rozpoczynało próby silników, tak jak zapach siłowni na statku…

Teraz prowadzi zespół serwisowy – ma w nim najlepszych specjalistów, czasem po siedemdziesiątce, bo tu nie wiek się liczy, tylko wiedza i fachowość. Ma wrażenie, że nasza gospodarka dzisiaj jest dzika, że przypomina bananowe republiki. Wspomina pana inżyniera Janusza Kwiatkowskiego, który przez lata zapewniał zakładom Cegielskiego ważne zagraniczne kontrakty na silniki – skromny człowiek, który niczego się nie dorobił, a ludziom dostarczał pracy. Wtedy szanowało się pracę, dzisiaj liczą się tylko pieniądze.

 

środa, 20 lutego 2013

Zaczynamy w krótkich ujęciach prezentować naszych rozmówców, których historie złożą się na projekt „Ceglorz”.

Ala Kuźniak, dziś działaczka związku OZZ Inicjatywa Pracownicza, właściwie funkcyjna, jest w Komisji Rewizyjnej. Zeszłego roku przeszła na wcześniejszą emeryturę, co brzmi dziwnie, ponieważ Ala wygląda bardzo dziewczęco. Być może dlatego, że jest niezwykle żywą, ruchliwą i ciekawą świata osobą, że wiele podróżowała, podejmowała się różnych wyzwań, uprawiała kilka zawodów (np. w byłej NRD zdobyła dyplom ślusarza). Podróżując uczyła się też języków:  czeskiego, niemieckiego, a nawet węgierskiego, o którym wiadomo, że jest bardzo trudny. Mówi, że w nauce języków najważniejsza jest znajomość liczebników. Jej podróże miały charakter poznawczy i handlowy, ale uczestniczyła też w międzynarodowym Kongresie Esperantystów. W marcu 1982 roku przywędrowała do „Ceglorza” i tak już zostało. Najpierw pracowała w księgowości, ale nie lubiła tej roboty, bo jak mówi: „trzeba było na tyłku siedzieć”. Za to babki, z którymi pracowała, były fantastyczne i przyjaźnią się do dziś. Potem było zaopatrzenie, po urlopie macierzyńskim – W5 i wydajnia narzędzi... a więc doświadczyła "Cegielskiego" z różnych perspektyw, co dziś przydaje się bardzo w działalności związkowej.

piątek, 15 lutego 2013

Odwiedzamy fabrykę Cegielskiego, rozmawiamy, przyglądamy się, fotografujemy, filmujemy...

Niebawem zaczniemy tu prezentować bohaterów naszego spektaklu.

Fot. Paulina Skorupska

niedziela, 03 lutego 2013