RSS
poniedziałek, 04 marca 2013

Pan Mieczysław Wiatr – konstruktor obrabiarek. Dzisiaj ma już 93 lata i jest w świetnej formie. Przepracował w „Cegielskim” 50 lat i 5 miesięcy. Zaczął w 1937 roku w szkole kreślarskiej działającej przy ówczesnej Fabryce Lokomotyw. Dobrze pamięta stajnie przy głównym wejściu do fabryki. Stały tam ciężkie konie belgijskie do transportu – gniade. Pracował również w czasie II wojny światowej. Wtedy fabryka nazywała się DWM – Deutsche Waffen Amunition Fabrik – Niemiecka Fabryka Broni i Amunicji. Pracował wówczas od 12 do 14 godzin dziennie, między innymi przy maszynie, która nazywała się „rewolwerówka – biodrówka”. Maszyną trzeba było sterować nie tylko rękami, ale również biodrami. Taki dziwny taniec św. Wita. Z tego czasu również pamięta konie i wiszące przy nich pejcze, które jednak służyły do wymierzania kar pracownikom. Pod koniec wojny Niemcy wywozili maszyny i niszczyli je. 12 lutego 1945 roku wszystkie budynki były podminowane.

W Zakładach Cegielskiego pracowali również jego syn i ojciec. Pan Mieczysław Wiatr udziela się społecznie od 40 lat w PTTK. Jest też w harcerstwie od 1930 roku.

piątek, 01 marca 2013

Piotr Zgrajek w „Cegielskim” pracuje osiem lat, od dwudziestego drugiego roku życia. Na początku uczył się mechaniki precyzyjnej, która wymaga zegarmistrzowskiej precyzji: „Dostajesz rysunek jakiegoś detalu, wymiary, czasami co do dziesiątej milimetra, wyłączasz się ze wszystkiego, skupiasz się, wsłuchujesz w hałas, starasz się to zrobić najlepiej, jak umiesz. Żeby nie było poprawek. Czasami jest to jakaś seryjna robota, jakieś nakrętki, gwintowanie śrub, czasami coś pojedynczego, co potem idzie do silnika. Silnik ma wielkość dwupiętrowej willi, ale bez tego mojego detalu nie ruszy… Potem nadchodzi  dzień, kiedy przychodzisz do roboty, otwierają drzwi od hali i słyszysz ten terkot niesamowity. To jest dzień, kiedy uruchamiają silnik. Na sucho, bez smarowania. No i działa z tymi moimi detalami, i potem pływa gdzieś po świecie z tymi moimi detalami. To jest przyjemnie tak pomyśleć”.

Lubił tę pracę, bo była w niej koleżeńska atmosfera, wszyscy, nawet dużo starsi byli ze sobą na ty. On był najmłodszy, więc wszystko mu tłumaczyli. Czasem szli po robocie na stadion starej Warty, przy Bema, wypić sobie po piwku i pogadać, bo zawsze mieli wspólne tematy. „Ale to wszystko było, było, było… – mówi. – Dziś Cegielski idzie na złom, tzn. nie maszyny, całe to żelastwo, my idziemy na złom – ludzie. Produkcja silników się skończyła, na halach stoją jeszcze dwa chyba, zapłacone i nieodebrane. Teraz Chińczycy robią silniki i nikt z nimi nie wygra. Nie mamy nic w zamian: czasami wpadnie jakaś robota. Dostaję rysunek, robię, ale czasem nawet nie wiem do czego to będzie...

Wstaję nawet przed piątą, żeby zdążyć na szóstą. Mam trochę jechania, a o spóźnieniu nie ma mowy. Odbijam zegar, kawa i punktualnie o 6 włączam maszynę. Zawsze wszystko mam już uszykowane, bo poprzedniego dnia przed fajrantem robię sobie porządek. Wystarczy włączyć tokarkę ustawić obroty i jadę... Czuję się Cegielszczakiem, ale nie wiem już, co to dziś znaczy”.