RSS
czwartek, 18 kwietnia 2013

W Cegielskim pracuje od 1997 roku. Trafił tu trochę przypadkiem, poprzednie zakłady w których pracował po prostu upadły, a liczył, że w takiej solidnej fabryce jak Cegielski jednak znajdzie pracę na dłużej. Mówi o sobie „taki dziwoląg”- robotnik z maturą. Ukończył liceum zawodowe na Dębcu jako mechanik urządzeń obróbki skrawaniem. W Cegielskim zawsze pracował na obrabiarkach karuzelowych. Obecnie pracuje na karuzeli numerycznej sterowanej komputerowo. To duża maszyna, a toczone detale muszą pasować jak w zegarku. Lubi dużo umieć. Z dumą powtarza, że największa karuzela, na której pracuje jest jedną z trzech takich w całej Polsce.

Kiedyś pracowało tu więcej ludzi i atmosfera była inna. Zostawało się po godzinach z przyjemnością. Przełom nastał, kiedy padły stocznie, z którymi „Cegielski” połączony był jak pępowiną. Do dzisiaj jako pomnik chwały stoją w hali nieodebrane silniki okrętowe. Teraz pracują tu prawie same siwe i łyse głowy... Lubił przyuczać młodych, wyszkolił kilku następców, ale niestety finalnie nie było dla nich pracy.

Z obrabiarkami zawsze czuł szczególny rodzaj więzi, mówi o nich „moja maszyna” i żartobliwie powtarza, że zna je lepiej niż własną żonę. Kiedy wyszkolony przez niego nowy pracownik zaczynał samodzielnie pracować, maszyna się psuła – taki to był rodzaj więzi – obcego nie lubiła. On wiedział, gdzie dotknąć, jak stuknąć, żeby działała.

Kiedyś należał do związków pracowniczych, ale się zraził i zrezygnował. Miejsce związków jest za bramą – tak twierdzi. Inaczej było za czasów Marcela Szarego, który przed rozpoczęciem pracy omawiał bolące sprawy z mównicy i było aktywniej. Pracowało więcej ludzi i związkowość miała sens. Od 30 lat wierny jest jednemu związkowi – Państwowemu Związkowi Wędkarskiemu.