RSS
poniedziałek, 03 czerwca 2013

Zygmunt Ciesielczyk jest spod Łodzi. W czasie wojny stracił oboje rodziców, matkę – nauczycielkę – Niemcy zabrali do obozu. Nigdy jej już nie zobaczył, nie wie czy zginęła w Łodzi, czy też została wywieziona gdzieś dalej… Jego korespondencja z archiwum w Gross Rosen nie przyniosła dotąd żadnych rezultatów. Miał siedem lat, gdy zaczął pracować u gospodarza na wsi i wtedy też został dotkliwie pogryziony przez psa. Przez lata żył z niesprawną ręką i gdyby nie brawurowa  pionierska operacja, którą po latach zrobił mu profesor Dega, pewnie nie mógłby pracować w Zakładach Cegielskiego. A pracował wiele lat  na wałach korbowych, gdzie trzeba było dużej siły, żeby wszystko było dobrze zrobione. „Toczenie wałów korbowych to jest też bardzo precyzyjna robota, to nie jest żadne „w kij dmuchał”. – mówi – Nikt mnie nie kontrolował, sam się kontrolowałem, tu jeszcze mam pieczątkę „ samokontrola”. Zaczynał na W-7, w Fabryce Zabawek – najpierw jako zwykły tokarz, potem na W-9 – wykorbienie wału korbowego na kolanówce – obrobienie czopów wałów korbowych do silników kolejowych. Moja maszyna była ciekawa, wszyscy zawsze chcieli się przy niej zatrzymywać i oglądać. Ale gdy chcieli żebym krzyczał: „niech żyje towarzysz Babiuch, „to się nie zgodziłem. Nie liczcie na to, nie będę krzyczał”.

Równocześnie Zygmunt Ciesielczyk wychowywał samotnie dwoje dzieci. Było trudno, ale w tym czasie „Cegielski” dysponował całą strukturą socjalną – przedszkole, szkoły, stołówki, więc jakoś się to wszystko udawało. Syn pana Zygmunta został wybitnym szermierzem, reprezentantem Polski na Olimpiadzie w Seulu, niestety dwa lata temu zmarł na raka.

Zygmunt Ciesielczyk pracował w „Cegielskim” jeszcze wówczas, gdy było tam zatrudnionych 22 tysiące ludzi. W 1956 roku był na placu Mickiewicza, wszystko widział. Potem wraz z innymi wrócił do pracy, trzeba było z czegoś żyć. „Cegielski” to była wówczas taka zastępcza rodzina.

sobota, 01 czerwca 2013

„Pracowałam na zabawkach. Tak wtedy nazywaliśmy wydział 7, czyli zbrojeniówkę – że niby robiliśmy bombki na choinkę. To się wzięło chyba ze skeczu kabaretu Tey. Tak naprawdę, to żadnych bomb nie produkowaliśmy. Pracowałam przy produkcji karabinów dla wojska i na eksport do Związku Radzieckiego. Bardzo precyzyjna robota.

Moje stanowisko pracy to był metalowy stół, imadło i szuflada z pilnikami. Elementy do obróbki wstępnej przychodziły z odlewni, z hartowni albo z innych wydziałów w dużych metalowych skrzyniach. I trzeba je było ręcznie opiłować – z dokładnością do pół milimetra. Potem była  dalsza obróbka na maszynach. I tam szło już o mikrony dokładności. W innym pomieszczeniu te wszystkie elementy były składane, odbywała się kontrola jakości, były przestrzeliwane na strzelnicy, a potem wracały  do nas, owijane były w woskowany papier, pakowane w specjalne skrzynie i wysyłane w świat.

Było nas ponad stu robotników, każdy był spokojny o swoją pracę, bo wiedzieliśmy, że wojsko będzie zawsze i zawsze będzie potrzebować swoich zabawek.

Nasz wydział był tajny, wchodziliśmy dla niepoznaki przez halę Fabryki Wyrobów Precyzyjnych W-7 ze specjalną przepustką i musieliśmy podpisywać zobowiązanie do przestrzegania tajemnicy. Ale to już nieważne – wszystko się skończyło”.

Do Zbrojeniówki trafiła po szkole mechaniki precyzyjnej razem z koleżankami z klasy. To był 1968 rok. Miały po osiemnaście lat i całe życie przed sobą. Wiadomo było, ze trafią do „Cegielskiego” całą paczką. I tam zostały. Praca zbliżała, były zgrane i zaprzyjaźnione, i jakoś tak się stało, że wszystkie powychodziły za mąż za Cegielszczaków. Czas po pracy też spędzały razem – wspólne urlopy, biwaki, wycieczki nad morze, w góry, do Wisły. Tam „Cegielski” miał ośrodki wypoczynkowe. Organizował to ZMS, do którego wszyscy należeli. Potem Cegielski dawał przydziały na mieszkania – człowiek czuł się z tym zakładem jakoś związany. No i Cegielski to był prestiż.

„W Cegielskim pracował mój ojciec. Zaczął zaraz po wojnie od odgruzowywania. Na zabawkach pracował mąż, teść na silnikach okrętowych, wuj na montażu, brat na wagonach, szwagier na obróbce ciężkiej. Wszyscy mamy wspólny temat. Kiedyś to była fabryka-gigant. Od siników okrętowych po butle gazowe. Wszystko się tu robiło – od śrubki po metkę. Była praca, były normy, były plany do przekraczania, nadgodziny – można było żyć.

Jak przyszła „Solidarność”, to się wszystko zaczęło psuć. Pojawiły się podziały. Ten jest z nami, a ten nie. Ten był nagle komuchem, tamten krzykaczem. Nie zapisałam się do „Solidarności”. W stanie wojennym na naszym wydziale, jako komisarz wojskowy, pojawił się mój przyszywany brat. Od matki przynosiłam mu kanapki, patrzyli na mnie jak na zdrajcę. Innym razem znalazłam w maglu schowane ulotki, więc przyniosłam je na zakład – niech ludzie poczytają. Strach był, a matka, jak się dowiedziała, to tylko: „Jezus Maria! Zamkną cię”.

Teraz jestem na emeryturze, od 1991 roku byłam na recie zdrowotnej, ale ciągle mam z zakładem kontakt. I łza się kręci, jak się to wszystko widzi. Ruina z tego została. Mój tata już nie żyje i nie ma kto tego posprzątać.

Przepracowałam tu 23 lata. To jest kawał życia.”

wtorek, 28 maja 2013

To nie jest jakiś Pol-Płot. To jest Cegielski i tu się robi takie rzeczy, które wymagają nie tylko zaplecza maszynowego, dźwigów, suwnic, posiadania odpowiednich technologii, ale przede wszystkim fachowości i ciężkiej pracy. A fachowość i praca to są ludzie. Ja jestem technikiem humanistą – mówi o sobie Marek Kotusiewicz – To nie jest łatwy chleb. Jak się jest kierownikiem, to trzeba być silnym, ale  trzeba być też psychologiem.

Tu, na spawalni pracuje ponad setka ludzi, głównie z podpoznańskich gmin – z Mosiny, z Wągrowca, z Kościana, ze Stęszewa – z jakichś okolicznych wsi, gdzie wszystko padło na samym początku tzw. transformacji. To są ludzie przyzwyczajeni do ciężkiej pracy – dobrzy fachowcy, szanujący robotę. Każdy to jest indywidualność, każdy to jest charakter i każdy tu jest twardy, bo nikt słaby tu nie wytrzyma. Tu jak się jest „kierasem”, to trzeba mieć autorytet i zaufanie, a czasami taki głos, który jest silniejszy niż cały hałas wkoło i te korki, które każdy pracownik ma w uszach. Ale trzeba też dbać o atmosferę. Tu są napięcia, stresy, emocje – czasami trzeba to rozładować humorem, poklepać tego czy tamtego po ramieniu, pochwalić, umotywować… inaczej robota nie idzie. Ale to jest robota zespołowa, od góry do dołu i od dołu do góry. Tu się na sukces pracuje zespołowo, inaczej byłby niemożliwy.

Na spawalni pracuje już ponad 20 lat. Najpierw na "trójce", potem na wagonach. Zna się na tej robocie i wie o niej wszystko. Wystarczy, że spojrzy na rysunek techniczny i wie, jakie materiały potrzebuje, ilu ludzi, ile czasu, i potrafi szybko i w przybliżeniu przeliczyć to na pieniądze.

Do pracy przychodzi na 6 rano, ale zanim przejdzie przez spawalnie i siądzie za swoim biurkiem często jest już 8. Z każdym musi pogadać, ustalić plan roboty. Jest przy ludziach i trzyma rękę na pulsie.

Spawalnia to jest najbardziej samodzielny wydział i jakoś się nam udało oprzeć  trudnej sytuacji całego zakładu – mówi – Tu powstawały korpusy silników okrętowych i ich osprzęt. Teraz nie ma  silników, ale jest inna robota i najważniejsze, że jest. Nie ma dziś tego własnego brandu, tego wyrobu od początku do końca, od pierwszej śrubki po tabliczkę z logo. Niestety. Cegielski trochę się rozdrabnia. To co robimy to są usługi, ale nie ma się czego wstydzić. Podejmujemy się poważnych wyzwań.

I jest satysfakcja: kilkadziesiąt tysięcy ludzi na stadionie i w samym środku, nad murawą nasza iglica. Zawieszona w powietrzu, jak jakiś pojazd kosmiczny. I to wszystko było tu zrobione, wypieszczone na każdym centymetrze powierzchni, każdy spaw idealnie położony. Teraz spina cały stadion narodowy. Nikt nie wie, ile to było roboty, nerwów i nieprzespanych nocy – mówi.

A po robocie lubi sobie w domu poczytać, posłuchać dobrej muzyki, dobrej dla spawacza, np. Pink-Floydów…



W Zakładach Cegielskiego pracuje od 1973 roku do dzisiaj. Spotkanie z Cegielskim stało się realne dzięki  jego  ojcu, który pracował tu od 1950 roku aż do emerytury w 1981 i ściągnął do zakładu swoje dzieci: dwie córki i syna. Ojciec-uczestnik wypadków czerwcowych wpoił im szacunek do pracy , która była na pierwszym miejscu, dawała komfort i umożliwiała godne życie – zwłaszcza gdy się było docenianym. Ojciec, żeby dojechać do pracy na 6 rano wstawał o 3 i jechał do Poznania parowozem ponad półtorej godziny z Leszna. W zakładach Cegielskiego był zakochany od samego początku. Praca tu była solidna, zakłady dobrze zorganizowane, a produkty wysyłane na cały świat. To był dla niego powód do dumy.

Tadeusz  zaczynał pracę  w fabryce  lokomotyw i wagonów w dziale instalacji. Skończył technikum kolejowe – trakcje elektryczne. Przepracował tam 8 miesięcy i poszedł  na 2 lata do wojska. Potem były studia politechniczne. Po studiach rozglądał się za inną pracą, ale wrócił do Cegielskiego, do Fabryki Silników Okrętowych. Praca była bardzo dobrze zorganizowana w porównaniu z innymi zakładami. Pracowało się zespołowo, na  zmiany. Wszyscy byliśmy po imieniu – wspomina – starsi i młodzi. Myślało się wtedy o potędze Cegielskiego, a produkcja silników szła pełną parą.

Jego praca polega na sterowaniu ruchem obrabiarek numerycznych. Mechanizacja interesowała go od zawsze. Cegielski kiedyś funkcjonował jak koncern, składało się na niego 10 fabryk. Teraz w zakładach nie ma  produktu finalnego. Jest za to szeroki park maszynowy, obrabiarki o wielu funkcjach i to ratuję firmę. Miał propozycję pracy w biurze konstrukcyjno-eksploatacyjnym, ale wolał pracę w ruchu, w hali.

Kiedyś znak Cegielskiego był powszechnie rozpoznawalny. Nawet jeśli nie wiedziano, co się tu produkuje to wiedziano że Zakłady Cegielskiego są w Poznaniu. 



czwartek, 18 kwietnia 2013

W Cegielskim pracuje od 1997 roku. Trafił tu trochę przypadkiem, poprzednie zakłady w których pracował po prostu upadły, a liczył, że w takiej solidnej fabryce jak Cegielski jednak znajdzie pracę na dłużej. Mówi o sobie „taki dziwoląg”- robotnik z maturą. Ukończył liceum zawodowe na Dębcu jako mechanik urządzeń obróbki skrawaniem. W Cegielskim zawsze pracował na obrabiarkach karuzelowych. Obecnie pracuje na karuzeli numerycznej sterowanej komputerowo. To duża maszyna, a toczone detale muszą pasować jak w zegarku. Lubi dużo umieć. Z dumą powtarza, że największa karuzela, na której pracuje jest jedną z trzech takich w całej Polsce.

Kiedyś pracowało tu więcej ludzi i atmosfera była inna. Zostawało się po godzinach z przyjemnością. Przełom nastał, kiedy padły stocznie, z którymi „Cegielski” połączony był jak pępowiną. Do dzisiaj jako pomnik chwały stoją w hali nieodebrane silniki okrętowe. Teraz pracują tu prawie same siwe i łyse głowy... Lubił przyuczać młodych, wyszkolił kilku następców, ale niestety finalnie nie było dla nich pracy.

Z obrabiarkami zawsze czuł szczególny rodzaj więzi, mówi o nich „moja maszyna” i żartobliwie powtarza, że zna je lepiej niż własną żonę. Kiedy wyszkolony przez niego nowy pracownik zaczynał samodzielnie pracować, maszyna się psuła – taki to był rodzaj więzi – obcego nie lubiła. On wiedział, gdzie dotknąć, jak stuknąć, żeby działała.

Kiedyś należał do związków pracowniczych, ale się zraził i zrezygnował. Miejsce związków jest za bramą – tak twierdzi. Inaczej było za czasów Marcela Szarego, który przed rozpoczęciem pracy omawiał bolące sprawy z mównicy i było aktywniej. Pracowało więcej ludzi i związkowość miała sens. Od 30 lat wierny jest jednemu związkowi – Państwowemu Związkowi Wędkarskiemu.

poniedziałek, 04 marca 2013

Pan Mieczysław Wiatr – konstruktor obrabiarek. Dzisiaj ma już 93 lata i jest w świetnej formie. Przepracował w „Cegielskim” 50 lat i 5 miesięcy. Zaczął w 1937 roku w szkole kreślarskiej działającej przy ówczesnej Fabryce Lokomotyw. Dobrze pamięta stajnie przy głównym wejściu do fabryki. Stały tam ciężkie konie belgijskie do transportu – gniade. Pracował również w czasie II wojny światowej. Wtedy fabryka nazywała się DWM – Deutsche Waffen Amunition Fabrik – Niemiecka Fabryka Broni i Amunicji. Pracował wówczas od 12 do 14 godzin dziennie, między innymi przy maszynie, która nazywała się „rewolwerówka – biodrówka”. Maszyną trzeba było sterować nie tylko rękami, ale również biodrami. Taki dziwny taniec św. Wita. Z tego czasu również pamięta konie i wiszące przy nich pejcze, które jednak służyły do wymierzania kar pracownikom. Pod koniec wojny Niemcy wywozili maszyny i niszczyli je. 12 lutego 1945 roku wszystkie budynki były podminowane.

W Zakładach Cegielskiego pracowali również jego syn i ojciec. Pan Mieczysław Wiatr udziela się społecznie od 40 lat w PTTK. Jest też w harcerstwie od 1930 roku.

piątek, 01 marca 2013

Piotr Zgrajek w „Cegielskim” pracuje osiem lat, od dwudziestego drugiego roku życia. Na początku uczył się mechaniki precyzyjnej, która wymaga zegarmistrzowskiej precyzji: „Dostajesz rysunek jakiegoś detalu, wymiary, czasami co do dziesiątej milimetra, wyłączasz się ze wszystkiego, skupiasz się, wsłuchujesz w hałas, starasz się to zrobić najlepiej, jak umiesz. Żeby nie było poprawek. Czasami jest to jakaś seryjna robota, jakieś nakrętki, gwintowanie śrub, czasami coś pojedynczego, co potem idzie do silnika. Silnik ma wielkość dwupiętrowej willi, ale bez tego mojego detalu nie ruszy… Potem nadchodzi  dzień, kiedy przychodzisz do roboty, otwierają drzwi od hali i słyszysz ten terkot niesamowity. To jest dzień, kiedy uruchamiają silnik. Na sucho, bez smarowania. No i działa z tymi moimi detalami, i potem pływa gdzieś po świecie z tymi moimi detalami. To jest przyjemnie tak pomyśleć”.

Lubił tę pracę, bo była w niej koleżeńska atmosfera, wszyscy, nawet dużo starsi byli ze sobą na ty. On był najmłodszy, więc wszystko mu tłumaczyli. Czasem szli po robocie na stadion starej Warty, przy Bema, wypić sobie po piwku i pogadać, bo zawsze mieli wspólne tematy. „Ale to wszystko było, było, było… – mówi. – Dziś Cegielski idzie na złom, tzn. nie maszyny, całe to żelastwo, my idziemy na złom – ludzie. Produkcja silników się skończyła, na halach stoją jeszcze dwa chyba, zapłacone i nieodebrane. Teraz Chińczycy robią silniki i nikt z nimi nie wygra. Nie mamy nic w zamian: czasami wpadnie jakaś robota. Dostaję rysunek, robię, ale czasem nawet nie wiem do czego to będzie...

Wstaję nawet przed piątą, żeby zdążyć na szóstą. Mam trochę jechania, a o spóźnieniu nie ma mowy. Odbijam zegar, kawa i punktualnie o 6 włączam maszynę. Zawsze wszystko mam już uszykowane, bo poprzedniego dnia przed fajrantem robię sobie porządek. Wystarczy włączyć tokarkę ustawić obroty i jadę... Czuję się Cegielszczakiem, ale nie wiem już, co to dziś znaczy”.

czwartek, 28 lutego 2013

Janusz Depczyński – 37 lat pracy w jednym zakładzie, w „Cegielskim”, w Fabryce Wyrobów Precyzyjnych. Pracował tam jego dziadek i rodzice. Dziadek w 1925 roku przyjechał do Poznania podejmując pracę jako ślusarz w Zakładach Cegielskiego. Przez długie lata pracował w HCP. Był jednym z tych, którzy po zakończeniu ostatniej wojny przystąpili do odbudowy zniszczonych przez okupanta hitlerowskiego hal fabrycznych. Jako wytrawnemu fachowcowi w zawodzie powierzono mu w pierwszych powojennych latach funkcję mistrza w oddziale wykańczalni ówczesnej Fabryki Parowozów. Funkcję tę pełnił aż do chwili przejścia na emeryturę w 1958 roku. Po przejściu na emeryturę przystąpił wspólnie z innymi zasłużonymi pracownikami do organizowania Zakładowego Koła Emerytów i Rencistów.

Rodzice rozpoczęli pracę w czasie okupacji. Ojciec pracował początkowo w Fabryce Narzędzi, a następnie, po ukończeniu szkoły średniej w Fabryce Urządzeń Mechanicznych jako technolog. Mama najpierw jako pracownik fizyczny, a potem jako referent w Zespole Szkół Zakładowych i następnie w Ośrodku Badawczym Silników Okrętowych.

Janusz Depczyński pracował od matury i zaczynał na stażu pracy jako frezer i wiertacz w Fabryce Wyrobów Precyzyjnych zwanej żartobliwie „fabryką zabawek”, bo była to fabryka zbrojeniowa. Po latach pracy doszedł kolejno do stanowiska samodzielnego konstruktora. 

Z dzieciństwa pamięta konie, które jeszcze po wojnie były na terenie zakładów głównym środkiem transportu. Stajnie znajdowały się na rogu ulicy 28 czerwca 1956 roku i ulicy Hetmańskiej. Dziś na miejscu stajni jest parking, a w budynku Fabryki Wyrobów Precyzyjnych jest serwis opon, salon sukien ślubnych oraz lumpeks, choć w podziemiach pozostał około dwustumetrowy tunel (strzelnica) do testowania wyrobów „fabryki zabawek”.

Lubił tę pracę, spełniał się, dawała mu satysfakcję i poczucie sensu. Stanowiła bardzo ważną część jego życia.

wtorek, 26 lutego 2013

Pan Galikan Łuczkowski w tym roku skończy 90 lat. Urodził się we Francji, w Lotaryngii, w pobliżu Strasburga – do dzisiaj zostało mu w mowie piękne "r". Do pracy w niemieckich zakładach zbrojeniowych został zabrany z rodziną z Francji w 1940 roku. Niemiecki zakład pracy miał w obwodzie 32 km – na jednym końcu wjeżdżały rudy żelaza, a drugim wyjeżdżały gotowe armaty. Pracę w „Cegielskim” zaczął w 1946 roku, po powrocie z pracy przymusowej w Niemczech, w okolicach Brunszwiku. Jego praca to przede wszystkim liczenie – dział zakupów, kontrola faktur, planowanie. Mówili na nich "gryzipiórki". W ramach planów 3-letnich lub 5-letnich trzeba było przygotowywać opracowanie detali dla różnych wyrobów np. lokomotywa – 2000 detali, wagony – 6000 detali, obrabiarki – 1500 detali – "materiały reglamentowane". Czasem, do Zjednoczenia Taboru Kolejowego Tasco jechał furgon dokumentów.

Do zadań pana Galikana należała również kontrola sklepu zakładowego dla pracowników. Był on otwarty raz w tygodniu i można w nim było kupić przedmioty "znalezione na terenie zakładu". Pracownik, który "znalazł" przedmiot zgłaszał chęć zakupu do 6-osobowej Komisji Kwalifikacyjnej i po uzyskaniu akceptacji, mógł zrealizować zakup w sklepie zakładowym. Dotyczyło to takich towarów jak: kawałek rury, kawałek blachy, lekko uszkodzone kanistry, które spadły z taśmy, kaloryfery, butle gazowe 11-litrowe, lejki do kanistrów itp. Pan Galikan działał również aktywnie w Radzie Zakładowej, której podlegały ośrodki wczasowe oraz przydział mieszkań. Nie należał do partii. Pamięta, że w czasach pierwszej Solidarności, w 1981 roku, sekretarze partii załatwiali sobie pierwszą grupę inwalidzką, żeby przejść na emeryturę.

Pan Galikan od 40 lat śpiewa w chórze męskim "Arion". Przy maszynie raczej by nie zaśpiewał, bo nie wypada. Jest bardzo aktywnym, pełnym radości człowiekiem.

niedziela, 24 lutego 2013

Romuald Ziółkowski –  pracuje w „Cegielskim” od 1979 roku – 34  lata. Zaczynał jako ślusarz remontowy na W-2 (Fabryka Silników Okrętowych). Służba wojskowa przypadła mu akurat na stan wojenny. Po tym doświadczeniu, mówi: „nie przestraszy mnie żaden dyrektor”. Po wojsku był nauczycielem „Praktycznej nauki zawodu” w warsztatach szkolnych, ale po trzech latach przypadkiem zwolniło się miejsce na W-6 w hartowni. Pracuje tam do dzisiaj. Najpierw zajmował stanowisko mistrza hartowni, ale od 2009 to stanowisko zmieniło nazwę na  koordynator produkcji – wspomina z uśmiechem.

Skromny, niewiele mówi o sobie. „Cegielski” to jest całe jego życie: koledzy, środowisko, spotkania po pracy… Bardzo lubił wstawać wcześnie ze świadomością, że tam idzie: „Człowiek był nie do zdarcia, a dziś czasami cieszę się, jak zbliża się koniec tygodnia” – przyznaje.

O przodkach opowiada dużo i ze szczegółami. Pomaga mu w tym teczka z dokumentami i zapiskami. Dziadek – Walerian Ziółkowski – 27 lat pracy – w 1945 r., po powrocie z przymusowych robót w Niemczech, specjalnie zrobił egzamin czeladniczy na ślusarza, żeby móc podjąć pracę w „Cegielskim” (wtedy Zakładzie Przemysłu Metalowego im. J. Stalina). Aż do emerytury pracował na W-1 w kuźni. Babcia – Stanisława Ziółkowska – 26 lat pracy – od 1945 r. odgruzowywała W-8, bez pensji, za „rąbankę”. Potem, prawie do emerytury obsługiwała prasę w „Fabryce Zabawek”.

Ojciec – Zenon Ziółkowski pracował w „Cegielskim” od 1955 r. – najpierw na W-3 (Fabryka Lokomotyw), po dziesięciu latach przeniósł się do warsztatów szkolnych i uczył elektryków. Potem został konstruktorem w Ośrodku Badań Silników Kolejowych i Okrętowych. Wynalazca i wspólnie z Janem Pawlakiem, Marianem Szymczakiem i Henrykiem Bogusławskim właściciel patentów. Nawet na emeryturze nie mógł rozstać się z zakładem i pracował na W-2 jako kontroler jakości, a potem jeszcze w szkole zakładowej na Świerkowej.

Syn Romualda – Bartosz Ziółkowski też pracował w Cegielskim, po ukończeniu V LO, od 2003 r. jako operator procesów chemicznych. Skończył studia zaoczne, ale w 2009 r. został zwolniony. „Wielu młodych wtedy zwolniono” – mówi Romuald Ziółkowski.

Ale to nie koniec powiązań rodzinnych z Cegielskim. Ojciec i dziadek żony Romualda Ziółkowskiego też związani są z zakładem. Jej ojciec – Ryszard Wiśniewski w latach 1961-1996 pracował w kuźni na W-1 jako konstruktor. Dziadek, urodzony w 1911 r., w 1929 rozpoczął w  „Cegielskim” naukę zawodu ślusarza, a po dwóch latach pracę. Nie trwało to długo, bo po paru miesiącach został „zredukowany” – kryzys. Przez 10 lat zdobywał doświadczenie jako rusznikarz i puszkarz w wojsku. Był zasłużonym obrońcą Warszawy, potem trafił do niewoli, a w 1942 r. wrócił do Poznania. Pracował w „Cegielskim” (wtedy Niemcy nazwali zakłady DWM). Przeszedł drogę od ślusarza narzędziowego przez brygadzistę, mistrza, kierownika pras i obróbki ręcznej, zastępcę dyrektora do spraw inwestycji, po starszego mistrza produkcji. Pracował aż do 1966 roku.

Pan Romuald zamyka tekturową teczkę i powtarza: "tak, człowiek był kiedyś nie do zdarcia".